Lecter i Bach
Iskrzenie na styku cywilizacji i barbarzyństwa
Drodzy Słuchacze, Mecenasi
Jakiś czas temu w nawiązaniu do Wariacji Goldbergowskich, o których był ostatni odcinek podcastu, napisałem kilka zdań o niebagatelnej roli, którą w popularyzacji tego cyklu odegrały filmy o Hannibalu Lecterze, przede wszystkim Milczenie owiec Jonathana Demme’a (1991). Zapytałem wówczas, czy chcecie poczytać więcej na ten temat. Reakcja była na tyle entuzjastyczna, że powstał poniższy artykuł. Zapraszam do lektury!
Pochód złoczyńców-melomanów
Kilku Czytelników słusznie zwróciło uwagę w komentarzach, że Hannibal Lecter nie jest jedynym szwarcharakterem-melomanem. Zabójcę w dreszczowcu M-morderca Fritza Langa z 1934 r. zdradza gwizdanie tematu z W grocie Króla Gór Edvarda Griega, a Norman Bates w Psychozie II (1983) ćwiczy Sonatę “Księżycową” Beethovena. Nie jest też ostatnim – w Leonie Zawodowcu z 1994 r. skorumpowany agent DEA Norman Stansfield grany przez Gary’ego Oldmana zasłuchuje się w Beethovenie. W Fatalnym zauroczeniu (1987) końcową scenę grozy ilustruje finał Madamy Butterfly – temat z opery Pucciniego jest niejako leitmotivem obsesyjnej kochanki Alex Forrest (genialna rola Glenn Close). Bacha przed Lecterem też złoczyńcy lubili posłuchać – Karl Stromberg w dziesiątym filmie o przygodach Bonda, czyli Szpiegu, który mnie kochał (1977), rozmiłowany jest w Arii na strunie G (słucha też jednego z koncertó fortepianowych Mozarta).
Takie połączenia to temat znany i omówiony na dziesiątą stronę (świetny tekst Sound of Evil pióra publicystycznej gwiazdy Teda Gioi). W żadnym razie nie przecieram tu nowych szlaków i nie taki był mój cel. Było nim raczej podzielenie się kilkoma refleksjami na temat sposobu widzenia muzyki klasycznej przez twórców kasowego, masowego kina i wywierania za jej pomocą określonego wrażenia na odbiorcach.
Warto jednak pamiętać, że rzeczywiście Kubrick, Besson i Demme byli pionierami w zakresie aż ścisłego łączenia klasyki z wizerunkiem seryjnego mordercy (wcielonego zła).
Okrucieństwo precyzji
Gdy słucham Wariacji Goldbergowskich, nie czuję mrocznej strony tej muzyki. Uważam, że w całym dorobku Bacha, w którym ciemności nie brakuje, jest to jedna z najjaśniejszych, najweselszych i najbardziej familiarnych kompozycji. Wspominałem w podkaście, że dla mnie momentem emocjonalnej kulminacji nie jest ani pierwsza minorowa Wariacja (15), ani Wariacja 25 (Czarna perła), choć niewątpliwie to one są momentami węzłowymi muzycznej dramaturgii. Jest nim Quodlibet wyrażający nadzieję, że niezależnie od tego, jakiej męki doświadczyliśmy, wszyscy razem spotkamy się w ulubionej gospodzie i trącimy kuflem piwa.
Można jednak popatrzyć na tę muzykę inaczej – jako na wzór ścisłości form, ujarzmianie w suitowych tańcach, kanonach, fugach i popisowych wariacjach z krzyżowaniem rąk żywiołu dźwięków, nadanie mu żelaznej logiki i konsekwencji. Bach w tym sensie jest jednym z największych prawodawców muzycznych (Urvater der Harmonie – praojciec harmonii, jak go określił Beethoven), który w najwyższym stopniu zrealizował pryncypia przyświecające wielowiekowej tradycji polifonicznej. To w jego dorobku musica humana stanowi najdoskonalsze wcielenie musica mundana – muzyki, którą rozbrzmiewa świat, harmonii sfer, praporządku.
Oryginalność pomysłu Thomasa Harrisa, twórcy postaci Lectera, polega na tym, że tę ścisłość postrzega on jako odbicie opresji.
W filmie Milczenie owiec, zanim Lecter grany przez Anthony’ego Hopkinsa ukaże się naszym oczom, zobaczymy, jak dyrektor szpitala w Baltimore udzieli agentce Starling (Jodie Foster) przestrogi, by nie zbliżała się do osadzonego. W przeciwnym wypadku spotka ją to, co pewną pielęgniarkę, którą Lecter zmasakrował, a puls mu przy tym nawet nie podskoczył.
Perfekcyjnie opanowane zło Lectera, pozbawione emocji, wyrzutów sumienia i w pełni wolicjonalne znajdzie swój akompaniament w Wariacji 7, przy której Bach zanotował tempo di giga. Bogato ornamentowana, skoczna i wesoła wariacja taneczna będzie odbiciem szczęścia kanibala, który przy jej dźwiękach zabierze się do masakrowania dwóch strażników, którzy mu ubliżali oraz stali na drodze do wolności.
W Milczeniu owiec, w którym Lectera oglądamy na ekranie zaledwie przez 16 minut (aczkolwiek sceny z jego udziałem zajmują ok. 25 min.) Bach jest jedynym kompozytorem, do którego twórcy się odwołali, tymczasem genialny psychopata ma dużo szersze horyzonty. Były one ostrożnie eksplorowane w kolejnym filmie – Hannibal (2001), zaś w serialu pod tym samym tytułem, budowany jest już cały bogaty repertuar.
Wieczory florenckie
Lecter, który wydostaje się na wolność, zmierza do swej duchowej ojczyzny, czyli Florencji, obejmuje tam posadę kuratora biblioteki Pałacu Capponich i korzysta z wolności. Płytę ze ścieżką dźwiękową z filmu otwiera autorska kompozycja Hansa Zimmera o tytule Dear Clarice, na tle której rozbrzmiewa magnetyzujący głos Hopkinsa czytającego list Lectera do Starling. W filmie ten monolog ma inny akompaniament – arię z Wariacji Goldbergowskich, wykonywaną przez doktora na współczesnym fortepianie znajdującym się w jednej z komnat.
Wybór Arii jest oczywisty – niezależnie od tego, jak ironiczna czy sadystyczna jest treść listu, jest to list miłosny, a Bachowska sarabanda również symbolizuje miłość. Wcześniej, w Milczeniu owiec, słuchaliśmy sarabandy, patrząc na portret Clarice trzymającej owieczkę sporządzony węglem własnoręcznie przez kanibala. Lecter-wykonawca równie umiejętnie gra, co buduje wieloznaczne zdania. List-zagadka odpowiada Arii-zagadce, w której piękna powierzchowność (bogato zdobiona melodia) skrywa w basie temat, z którego zbudowane zostaną Wariacje. List Lectera też jest zagadką – zarówno w wymiarze treści, jak i wymiarze kryminalistycznym (wszak jest wskazówką do znalezienia ściganego listem gończym mordercy).
Lecter będzie jednak nie tylko wykonawcą, ale i słuchaczem, wytwornym melomanem uczestniczącym w plenerowym koncercie operowym. Danielle de Niese, Bruno Lazzaretti, chór i orkiestra wykonują oryginalnie na potrzeby filmu skomponowany utwór Patricka Cassidy’ego i Hansa Zimmera Vide cor meum, którego tekst zapożyczony jest z Vita nuova Dantego (konkretnie z pierwszego sonetu A ciascun’alma presa). Muzyka, podobnie jak poezja, utrzymana jest w stylu dolce i wydaje się rodzajem współczesnej wariacji na temat stylu Belliniego – kantyleny partii solowych przeplatają się, jakby Dante miał wziąć w ramiona Beatrycze. No właśnie – rozumieć to można na kilku poziomach. Spójrzmy na tekst w mistrzowskim tłumaczeniu Edwarda Porębowicza:
Radosny zdał się; w ręce niósł wyrwany
rozpłomieniony serca mego kawał;
postać niewiasty w zasłonę odzianej
w ramionach dzierżył; zbudziwszy, rumiany
ów kęs przelękłej za pokarm podawał
potem z nią w górę wzlatał rozpłakany.
To druga stanza, z pierwszej wiemy, że “on” to Amor karmiący Beatrycze sercem Dantego. Oczywiście ta wyszukana metafora sprowadzona na poziom barbarzyński stanowi aluzję do kanibalizmu Lectera oraz do planów, jakie doktor ma wobec agentki – chce nadać jej odpowiedni smak, po czym ją skonsumować, fizycznie czy mentalnie, to kwestia otwarta. Trafimy tu na szwy motywów, z których Thomas Harris, pisarz niezwykle oczytany, stworzył swojego bohatera – podobnie jak Lecter Clarice, tak Bestia karmi Piękną w XVIII-wiecznej powiastce La Belle et la bête autorstwa Jeanne-Marie Leprince de Beaumont.
Utwór “Vide cor meum” zrósł się z Hannibalem całkowicie i gdy po latach powróci w serialu, to w kluczowym momencie, ukazującym rozkosz sukcesu, który odniósł Hannibal, manipulując Willem Grahamem.
Wracając do XVIII-wiecznej powiastki, scena karmienia, będąca upiorną reinterpretacją jednego z wieczorów u Bestii zostanie w Hannibalu zilustrowana Czarną perłą, czyli Wariacją 25, na tle której Lecter będzie serwował agentce kawałki mózgu skorumpowanego Paula Krendlera. Chwyt to tani, bo wykorzystujący wyłącznie symbolikę bólu zawartą w tych gęstych chromatyzmach.
By domknąć temat filmu, zwrócę uwagę na jeszcze jeden track, czyli sklejony z postacią Masona Vergera Gourmet Valse Tartare Klausa Badelta, będący świetnym przykładem muzycznej ironii – to naturalnie kpina z Nad pięknym modrym Dunajem, ale i z aspirującego do elity Vergera. Mówiąc po Waldorffowemu, jest to “świnia w krawacie”, która w elicie znajduje się wyłącznie dzięki stanowi posiadania. To dla niej jest quasi-Strauss.
Serialowe wariacje
Po premierze Hannibala (2001) do Lectera wracano trzykrotnie. Rok później powstał prequel Red Dragon (reż. Brett Ratner, 2002), a w 2006 pre-prequel Hannibal. Po drugiej stronie maski (reż. Peter Webber). Jednak prawdziwym intelektualnym fajerwerkiem okazał się serial w reż. Bryana Fullera, który stacja NBC rozpoczęła nadawać w kwietniu 2013 r.
Niestety produkcja nie okazała się równie wielkim sukcesem kasowym, choć kilkukrotnie ją nagradzano. Zniknęła po trzech sezonach i nie ma się czemu dziwić – NBC postawiła wszystko na jedną kartę. Zmagając się z problemami finansowymi, dała Fullerowi wolną rękę i spory budżet. Mam poczucie, że wielu widzów zniechęciło obsadzenie w tytułowej roli Madsa Mikkelsena – tak bardzo przywykli do Hopkinsa. Będę tu jednak adwokatem tego wyboru i, podobnie jak w przypadku muzyki, zachęcam do zbaczania z utartych ścieżek oraz wychodzenia ze strefy komfortu.
Pomysł Fullera był szalenie ambitny – stworzył serial teatralny, którego akcja zawieszona jest jakby w nocnym koszmarze. Wydaje się pozornie umieszczona przed Czerwonym smokiem, bo w dwóch sezonach obserwujemy przede wszystkim skomplikowane relacje między Grahamem a Lecterem, ale ta oś czasu prędko się zakrzywia i – cytując samego Lectera – tracimy poczucie tego, co odróżnia “przyszłość od przeszłości”. Opowieść zatem nie stanowi prostej kontynuacji, tylko serię wariacji na temat Lectera i jego świata. Krąży ta historia niczym kolejne Wariacje, zmierzając do swojego początku – by raz jeszcze nam zagrać Arię, której słuchamy całkowicie odmienieni. Oglądając, co chwila jednak wychwytujemy dobrze znane motywy, tylko umieszczone w innym kontekście i znaczące co innego. Muzyczne założenia formy wariacyjnej stały się dla Fullera zasadą snucia serialowej narracji.
Oczywiście leitmotivem jest Aria i gdy Lecter pojawia się po raz pierwszy, samotnie jedząc kolację, w tle rozbrzmiewa właśnie ona:
Zostanie jednak poddana muzycznemu przetworzeniu przez amerykańskiego kompozytora Briana Reitzella. Wielokrotnie spowolniona, przetworzona elektronicznie straci swój pierwotny harmoniczny ciąg napięć i rozprężeń, zgubi się między przyszłością a przeszłością. Wydaje się nie zmierzać donikąd lub wręcz kroczyć do tyłu. Hannibal, zadawszy Willowi cios, mówi:
Czas się odwrócił, filiżanka, którą rozbiłem, znów jest w całości…
Ta Aria Bacha-Reitzella zabrzmi raz jeszcze w sezonie trzecim, gdy Will i Hannibal spotkają się we Florencji. Tematem ich fascynującej w teatralnym i poetyckim sensie rozmowy znów będzie czas i jego zakrzywienie.
39 odcinków zrobiło także miejsce dla muzyki innej niż Bach. Serial ciągle rozbrzmiewa klasyką. Fuller dokładnie czytał powieści Harrisa i wiedział z nich, że Hannibal zachwycał się także kompletnie odmienną od Bachowskiej muzyką Ernesta Chaussona, kompozytora osobnego, późnoromantycznego twórcy poruszających pieśni, który prawdopodobnie popełnił samobójstwo, nie umiejąc odnaleźć się w tym świecie. Chausson w powieści Hannibal pojawia się, gdy Hannibal i Clarice razem uciekają. W serialu go nie ma, ale jest bogaty repertuar, układany bardzo świadomie i również na zasadzie wariacyjnej. Weźmy jeden przykład. Oto słynna operowa scena z filmu Hannibal w serialowym przetworzeniu:
Rozbrzmiewa już nie Vide cor meum, ale środkowy odcinek arii Piangero la sorte mia z opery Juliusz Cezar Handla. Fenomenalnie ukazana fizjologia muzyczna (akustyczne zbliżenie na dźwięk wiolonczeli i klawesynu) znajdzie swoje odbicie w głodzie, który poczuje Hannibal (koncert, aby było zabawnie jest charytatywny i dla ofiar głodu). Po kilku spektakularnych zabójstwach nastąpią sceny kuchenne, w których przygotowywaniu posiłków z ofiar towarzyszyć będzie najrozmaitsza klasyka (także Chopin! – Preludium Fis-dur op. 28). Aria Handla, ale w swojej wyłącznie instrumentalnej postaci – bez ludzkiego głosu solowego – powróci, gdy Hannibal zaprosi gości na kolację i oznajmi im żartobliwie, że nic z tego, co wylądowało na stole, nie jest wegetariańskie.
Hannibal serialowy oddala się od okrutnej precyzji Hannibala filmowego (choć po ciężkiej walce z seryjnym mordercą-lutnikiem Tobiasem w odcinku kolejnym podejdzie sobie do klawesynu i zagra kawałek Arii). Od abstrakcyjnego dźwięku fortepianu woli żywy i fizyczny dźwięk klawesynu. Przy klawesynie też „komponuje” – sarabandę La D’Aubonne Forqueraya (wykorzystane zostało nagranie Christophe’a Rousseta). A w III sezonie, narzekając na brak klawesynu, na fortepianie będzie sobie grać Walca-Fantazję Satiego. Gustować będzie też w Mozarcie, Faurém, Chopinie (sporo go jest w serialu), Mahlerze, Scarlattim, Beethovenie i innych.
Rozkodowywanie znaczeń tej muzyki jest równie przyjemne, co śledzenie wysmakowanych rozmów bohaterów nieustannie unoszących się ponad przyziemnością.
Zło nosi muszkę oraz brylanty
Estetyzacja zbrodni najlepiej udaje się poprzez muzykę klasyczną. Ted Gioia zauważył, że w kinie stanowi ona symbol strachu człowieka, że prawdziwe zło nie „drze mordy” przy trash metalu, bo to byłoby zbyt szczere, ale słucha Bacha. W świat klasyczny jest w nią kłamstwo elegancji, sztuczność elitaryzmu. Prawdziwe zło to bowiem nie barbarzyńca z zakrwawioną maczugą, ale kulturalny człowiek, który tego samego dnia unurzał sobie ręce po łokcie we krwi, następnie starannie je obmył, po czym udał się do opery, by delektować się słodką kantyleną, wolny od najmniejszych wyrzutów sumienia.
Stopniowo połeczeństwo oddalało się od świata klasyki, którą dawniej rozbrzmiewały bajki Disney’a. Bernstein, Gould czy Toscanini byli celebrytami. Z czasem jednak w swoim filharmoniczno-operowym gorsecie, zakonserowana w XIX-wiecznej estetyce, uporczywie stojąca w miejscu, gdy świat pędzi naprzód, zaczęła budzić coraz większą nieufność.
Politycy, biznesmeni i inni “trzymający władzę” mieli i mają swoje zaszczytne miejsca w lożach. Pracująca intensywnie wyobraźnia podpowiada – “dzisiaj w południe przy biurku zdecydowałeś o zbombardowaniu miasta, albo ograbieniu ludzi z ich prywatności lub ciężko zarobionych pieniędzy, a wieczorem ronisz łzy, słuchając Ody do radości”. Tak iskrzy styk cywilizacji i barbarzyństwa, na którego środku znalazł się Hannibal Lecter.
Tyle na dziś!
Wasz
Mateusz Ciupka
PS. Zarówno ten artykuł jak i wszystko, co znajdziecie w Szafie powstał dzięki wsparciu Mecenasów w serwisie Patronite oraz wirtualnym kawom, które postawialiście mi w serwisie Buycoffee.to. Za wszystkie nisko się kłaniam!




